Jak dążyć do celu?

Pojechaliśmy w góry. W Karkonosze.

Najwyższy szczyt Śnieżka 1607 m n. p. m. Nigdy nie zdobywaliśmy szczytu. Nie mówię, że nie byliśmy w wyższych górach. Byliśmy, ale nigdy nie doszliśmy tam na własnych nogach. Jednak my, mieszczuchy wyposażone na co dzień w komplet aut, z kondycją byliśmy trochę na bakier. Stwierdziliśmy jednak, że nie jest to przeszkodą. Marzenie o zdobyciu szczytu jest warte walki. Przez kilka dni aktywnie trenowaliśmy pokonując inne trasy, łatwiejsze, krótsze, mniej strome. I było to wspaniałe. Tak wiele miejsc zauroczyło nas widokami: nieoczywiste Pielgrzymy piętrzące swoje piersi, jakby chciały się prześcignąć, który wystrzeli bliżej nieba, malownicze Ruiny Zamku w Chojniku ze swoją krwawą legendą i niezwykłą roślinnością. I powtarzające się stale pytanie „Jak to wszystko, takie piękne, takie niezwykłe, powstało?”. Energia zamknięta w tych kamieniach, moc z nich emanująca napełniała nas przekonaniem, że damy radę, że warto zdobyć Śnieżkę.

I wyruszyliśmy.                                                           

Wybraliśmy drogę trudną, choć na mapie wyglądała na jedną z łatwiejszych.

Już po pierwszej godzinie zaczęłam wątpić, czy dam radę, jednak zmieniający się krajobraz tak mnie zachwycił, że skupiłam się na tym, co dzieje się dookoła. Strzeliste drzewa zaczęły się zmniejszać, zaczęłam dostrzegać na szczycie Śnieżki małe kropki, które były ludźmi. Pomyślałam sobie: oni dali radę, to i ja też się nie poddam. Po prawie dwóch godzinach wspinaczki stromym zboczem nie czułam już nóg, ale to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. To był prawdziwie boski widok. Olbrzymia przestrzeń pode mną, ale i nade mną. Poczucie, że z jednej strony jestem maleńką cząstką tego świata, ale z drugiej strony tak ważną jego częścią, dla siebie – najważniejszą. Poczucie siły, która we mnie jest i która sprawiła, że sama tu dotarłam. Nie było wtedy ważne, że moją motywacją było nie być gorszą od tych na górze. Byłam tam, czułam się wolna i niewyobrażalnie… przestrzenna. (Jak się później okazało, większość ludzi na szczycie Kopy i Śnieżki znalazło się tam bez większego wysiłku, poprzez wjechanie na nie kolejką). Moja motywacja, choć oparta na błędnych przesłankach, w tym momencie była jeszcze moja.

Sytuacja zmieniła się, gdy dotarłam na szczyt Kopy, na który ludzie tłumami wjeżdżali idąc na łatwiznę. Ja, lubiąca ciszę i unikająca tłumów nagle poczułam wielki dyskomfort. Moja rodzina, zafiksowana na zdobycie Śnieżki tak jak i ja na początku, bez żadnego wahania zaczęła się wspinać dalej. A mi odechciało się wszystkiego. Jednak, jako członek naszego stada, poszłam dalej. Te ostatnie 200 metrów w górę było jak droga przez mękę. Kolana pękały z bólu, po plecach pot spływał ciurkiem, a ludzie dookoła drażnili jak gaz łzawiący. Jakiś mały chłopczyk zapytał „Tatusiu, a czy ci wszyscy ludzie idą tam tylko po to, aby zobaczyć te same widoki?”. I od razu pytanie zadałam sobie i ja: Po kiego ja tu się wspinam? Po widoki, takie same jak 200 metrów niżej? Po jakieś „pseudo” spełnienie siebie? Po to, abym mogła się pochwalić, że coś zdobyłam? To wszystko wydało mi się bez sensu, a przez to zmęczenie zaczęło mi doskwierać jeszcze bardziej.                                                                                                  

W końcu dotarliśmy na szczyt. I co? Widoków nie widać, bo nadeszła chmura. Chmura odeszła, ale widoki przesłoniły gromady ludzi. Brak miejsca, aby usiąść i zjeść. Brak toalety, będący przyczyną niezbyt przyjemnych zapachów. Ogólnie – jedno wielkie rozczarowanie. Uciekliśmy stamtąd najszybciej, jak się dało, wybierając drogę powrotną taką, gdzie było jak najmniej ludzi. Przepiękną, oryginalną, nazywaną „pustynią Europy”. To ukoiło nasze serca.                      

Pomimo rozczarowania, które ogarnęło mnie na szczycie, cała wyprawa była jednak sukcesem. Zdałam sobie bowiem sprawę, że jeśli mam jakieś marzenie, stawiam sobie jakiś cel, to najważniejsza jest droga, którą do niego dążę, a ta była fantastyczna.

W celu jesteśmy w pełni świadomi tylko przez chwilę, natomiast większość emocji i uczuć odczuwamy w drodze do celu, która trwa o wiele dłużej. Dlatego tak ważne jest, aby to ona była kwintesencją i aby to ona dawała nam radość.

Ból, który czułam przez kolejne 2 dni po wyprawie, nie był warty zdobycia tego szczytu. ale z pewnością był warty tej drogi. Gdybym dotarła na Śnieżkę krótszym, czy łatwiejszym sposobem okazałoby się to wielką porażką, a i kosztowałoby nie mało. Nie doświadczyłabym tego, co było w tym dniu najcudowniejsze i najważniejsze. Nie dotknęłabym piękna, nie posmakowałabym wody ze źródła, nie poczułabym się wolna, bezbrzeżnie szczęśliwa i tak bardzo silna.                                                                                                                                      

Dziś mogę powiedzieć: „Śnieżkę zdobyły tylko moje nogi, okazało się bowiem, że serce ma inne plany, bo zatrzymało się tuż pod szczytem. Natomiast spełnieniem moich marzeń i oczekiwań była ta trudna, ale przepiękna droga”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Edyta Czarnecka

Kontynuując, akceptujesz politykę plików cookies na naszej stronie. Więcej informacji

Zezwoliłeś nam na użycie plików cookies. Robimy to, aby dać Ci najlepsze wrażenia korzystania ze strony. Jeżeli będziesz kontynuować bez zmiany ustawień, lub klikniesz w przycisk "Akceptuję", pozwalasz nam na dalsze ich użycie.

Zamknij